Szalony lipiec w Pittsburghu trwa w najlepsze


Lato w biurach dyrektorów NHL kojarzy się przeważnie z niemal grobową ciszą i ludźmi udającymi, że absolutnie nie zaglądają do służbowych skrzynek mailowych podczas urlopów, ale w Pittsburghu ktoś ewidentnie zapomniał wyłączyć telefonów. Przyszli Andrei Kuzmenko, Nick Robertson, Hendrix Lapierre, Kaedan Korczak, Declan Carlile i Trevor van Riemsdyk – cała wesoła gromadka, która sprawiła, że trzeba znowu uczyć się układu nazwisk w składzie na pamięć. Zrobił się z tego całkiem pokaźny tłok. Tylko że jak wyciągniesz z szuflady długopis i zaczniesz skreślać nazwiska na tablicy tak, jak robi się to przy porannej zimnej kawie, nagle wyjdzie ci ewidentna wyrwa z lewej strony obrony.


Parker Wotherspoon spakował manatki i powędrował do Vegas Golden Knights – pewnie po to, żeby pograć w cieplejszym klimacie – a Ryan Shea spakował się chwilę później i powędrował prosto do Edmonton Oilers, zostawiając po sobie jedynie puste miejsce w szafce. Lądujemy z tym, że lewa strona defensywy Penguins wygląda teraz odrobinę jak stary płot, w którym brakuje dwóch desek i trzeba uważać, żeby nikt przez niego nie przeskoczył w najmniej odpowiednim momencie.


Dziura po lewej stronie, którą trzeba czymś zatkać

Wystarczy zerknąć na układ par defensywnych. Brakuje tam kogoś, kto potrafi spędzić na lodzie ponad dwadzieścia minut i opanować krążek pod presją, gdy rywal rusza z szybkim kontratakiem.


Jeśli ktoś śledzi zakłady bukmacherskie i sprawdza aktualne kursy na awans Pens do fazy play-off, doskonale wie, że analitycy niemal natychmiast wyłapują takie kadrowe mankamenty. Słaba głębia w obronie potrafi zamienić nawet obiecujący sezon w długi ciąg nerwowych wieczorów spędzonych na oglądaniu, jak rywale bezkarnie wjeżdżają w naszą tercję.


Ściągnięcie kogoś do pierwszej lub drugiej pary – czyli prawdziwego obrońcy z TOP 4, który potrafi wziąć na siebie ciężar gry po lewej stronie – zmieniłoby układy sił w drużynie. Nawet gdyby zarząd zdecydował się na tańszy wariant i po prostu sprowadził doświadczonego wyjadacza do trzeciej pary dla samej osłony i zabezpieczenia na wypadek kontuzji, sytuacja i tak wyglądałaby o niebo lepiej.


Na rynku wolnych agentów zrobiło się już dość pusto i szukanie wartościowych graczy przypomina przeczesywanie półek w sklepie na dziesięć minut przed zamknięciem w niedzielę niehandlową. Najgłośniejszym nazwiskiem bez kontraktu, które operuje lewym kijem, pozostał w tej chwili Logan Stanley – wielki jak wieża i gotowy do przepychania się pod bramką. Alternatywą pozostaje przeczesywanie rynku transferowego i sprawdzanie, kto w lidze pilnie potrzebuje oddać kogoś za wartościowy wybór w drafcie albo za napastnika, których w Pittsburghu po letnich zakupach nagle zrobił się lekki nadmiar.


Większość menedżerów w tej fazie wakacji myśli już raczej o grillowaniu i kompletowaniu sprzętu na pole golfowe niż o negocjowaniu skomplikowanych wymian. Kyle Dubas udowodnił jednak w przeszłości, że potrafi wyciągnąć coś z kapelusza w momencie, gdy wszyscy inni uznali skład za definitywnie zamknięty. Szukanie defensywnego wsparcia pod koniec lata zawsze niesie ze sobą spore ryzyko przepłacenia, ale pozostawienie luki na lewej stronie oznacza, że każdy poważniejszy rywal z dywizji po prostu rozmontuje tę formację w pierwszych tygodniach rozgrywek.


Przejrzenie listy dostępnych obrońców w lidze pokazuje jasno, że kilka drużyn ciągle szuka rozwiązań budżetowych przed obozami przygotowawczymi. Zarząd ma w ręku parę niezłych kart przetargowych i spory zapas czasu, zanim zawodnicy wyjadą na pierwszy oficjalny trening.

Komentarze

POLECANY ARTYKUŁ
Zobacz film dokumentalny "Pittsburgh is our home"
Film przygotowany specjalne z okazji 50-lecia istnienia klubu.