Penguins - Canadiens 1-0: Skromne zwycięstwo Pens
Canadiens nadal bez sposobu na pokonanie Pens. Pingwiny pokonały na swoim lodzie Montreal Canadiens 1:0 po bramce Crosby'ego. Jest to już trzynaste zwycięstwo Pingwinów z rzędu.
Spotkanie w Consol Energy Center rozpoczęła walka pomiędzy Tylerem Kennedym i Gabrielem Dumontem, zdarzenie to dało tylko pewność wszystkim kibicom, że nikt w tej rywalizacji nie będzie się oszczędzał. Pierwsza groźna akcja to atak gospodarzy. Dźwięk obitej poprzeczki zafundował nam Michael Ryder. Następnie ładnym, dynamicznym wjazdem w tercję przeciwnika popisał się Sidney Crosby. Niewiele zabrakło, aby kapitan Pingwinów skopiował swoją akcję z pamiętnego powrotu po kontuzji, kiedy ofiarą jego backhandu byli New York Islanders. Ogólnie pierwsza odsłona meczu bardzo spokojna, nie obfitująca w wiele okazji. Goście minimalnie lepsi, co potwierwierdza statystyka strzałów na bramkę. Jednak priorytetem dla obu drużyn była gra defensywna i szczelna obrona. Nikt nie chciał w tym pojedynku stracić gola jako pierwszy.
Druga tercja zaczęła się bardzo nerwowo dla kibiców Penguins. Dobrą okazję na zdobycie gola miał Max Pacioretty, a chwilę potem Michael Ryder przy sporym zamieszniu trafił w słupek bramki strzeżonej przez Fleury'ego. Kilka minut później kontrowersyjną karę dostał Mark Eaton, za rzekomo celowe przesunięcie bramki. Jednak PP gości nie przyniosło żadnych skutków, wszystko to za sprawą bramkarza Penguins, który przy jednym ze strzałów popisał się wspaniałym refleksem. W 14 minucie drugiej tercji miała miejsce akcja decydująca o całym meczu. Fenomenalne podanie Kuniza przez 2/3 lodowiska z zimną krwią wykorzystał Sidney Crosby. Kapitan Pingwinów nie dał żadnych szans bramkarzowi z Montrealu. "What a goal". Na Niespełna minutę przed zakończeniem drugiej odsłony meczu miał miejsce bardzo nieprzyjemny incydent. Obrońca Penguins Brooks Orpik nie zdołał wyhamować i wpadł w goaltandera gospodarzy, powodując uraz głowy (konkrety będą podawane na bieżąco). Fleury dokończył tercję, jednak popularny Kwiatek zakończył spotkanie po 40 minutach.
Ostatnia część meczu była najbardziej wyrównana, ale również najbardzij emocjonująca. Goście z Kanady rozpoczęli od gry w przewadzę, której ostatecznie nie potrafili wykorzystać. Rolę się odwróciły i to po stronie gospodarzy szarżował jeden Pingwin więcej. Ładne, składne akcje, dużo strzałów i wspaniały Corey Price. Swoje okazje mieli Kunitz, Neal i Letang. Gdy mecz wkroczył w decydującą fazę, zrobiło sie bardzo ciekawie. Canadiens odkryli się i drużyny atakowały raz po raz. Sytuacje z jednej i z drugiej stron w żaden sposób nie przełożyły się na zmianę wyniku. W ostatnich minutach zrobiło się bardzo nerwowo pod bramką zawodników z Pittsburgha. Pomimo wielu ambitnych prób gości Tomas Vokoun niczym nie ustępował swojemu koledze i do spółki byli odpowiedzialni za 0 widniejące po stronie gości z Montrealu.
Oczy wszystkich kibiców Penguins na pewno były zwrócone na nowy nabytek z numerem 10 na plecach. Morrow może nie brylował w ofensywnie, ale bardzo przyzwoicie spisywał się w obronie. Pokazał, że przede wszytskim zostawia serce na lodzie i jest zawodnikiem grającym bardzo twardo. Graczem meczu oczywiście został Sidney Crosby, ale na pochwałę równiez zasługuje Brooks Orpik. Trzynaście zwycięstw z rzędu robi wrażenie i z pewnością napawa wszystkich sympatyków Pens optymizmem. Z samej gry nie można być aż tak zadowolonym, no ale jak to mówią - Zwycięzców się nie sądzi! Brawo Pingwiny!
Pittsburgh Penguins - Montreal Canadiens 1:0 (0:0;1:0;0:0)
Bramki: 14. Crosby (Kunitz, Orpik)



Komentarze